|
Niedawno na łamach Wysokich Obcasów (dodatek do Gazety Wyborczej) ukazał się obszerny wywiad z Kingą, zatytułowany "Bezczelna blondyneczka". Kinga Baranowska ma 31 lat i jest jedną z najlepszych himalaistek młodego pokolenia, dziewiątą Polką, która stanęła na szczycie ośmiotysięcznika. Na koncie ma trzy ośmiotysięczniki: Cho Oyu, Broad Peak i Nanga Parbat. Wywiad poprowadził Wojciech Staszewski.

"Wróciła pani właśnie z ośmiotysięcznika Nanga Parbat Kinga Baranowska: Znam cię z biegania! Startowałam z tobą na zawodach na 10 km w Kabatach. To widać, że wielu alpinistów biega. W czołówce jest tam często Marcin Miotk, chłopak, który zdobył Everest. Z Marcinem znamy się z Wejherowa. Stamtąd pochodzę. Z Wejherowa jest daleko w góry. Pierwszy raz w góry pojechałam w liceum, w Sudety. Ale wtedy gór nawet nie zauważyłam. Na studiach miałam praktyki z geologii w Tatrach. Obóz prowadzili Jarek i Wiktor, którzy mieli totalnego świra na punkcie Tatr. Jeden z nich miał uprawnienia wspinaczkowe i mógł kogoś zabrać poza szlak turystyczny. Zrobiliśmy wąwóz Kraków, całą grań Tatr Zachodnich. Zaraziłam się. To jest to: jesteś sam, możesz się zmagać z przyrodą. To trudne. Choćby Orla Perć, szlak turystyczny, ale niebezpieczny. Tam jest tylko takie niebezpieczeństwo, żeby ci ktoś kamienia na głowę nie zrzucił, przez to ludzie giną. Ale jak tam chodzą wycieczki z psami, z dziećmi, to co się dziwić. Jak przeszłam Orlą Perć, to mi się zamarzyło, żeby tam wrócić zimą. Orla Perć zimą?! Dużo wspinaczy tam chodzi zimą. A ja już wtedy miałam pierwsze wspinaczki za sobą. Przeszłam Orlą Perć z lotną, czyli asekurując się nawzajem z partnerem na drugim końcu liny. Na studiach zrobiłam kurs wspinaczkowy w Tatrach. Następny krok zrobiłaś w Alpy. Najcieplej pamiętam Matterhorn od strony włoskiej, byłam tam właśnie z Marcinem Miotkiem. Dużo pieniędzy muszą mieć studenci, żeby wyjechać w Alpy? Wchodziliśmy od strony włoskiej, bo jest tańsza niż szwajcarska. Spałam pod gołym niebem, bo nie było mnie stać na wynajęcie pokoju. To nie jest wysoka góra, za to trudna i piękna. Trzeba się powspinać i wyczekać na dobrą pogodę, żadnych dramatów tam nie przeżyłam. A kiedy? Pierwsza "dramatyczna" historia zdarzyła mi się rok później na Mount Kenia. To góra, na którą warto w Afryce wchodzić, jest cenniejsza dla wspinaczy niż Kilimandżaro, trekkingowy szczyt. Przy zjazdach, które trwały ileś godzin, zaklinowała nam się lina. Bo zjeżdża się tak: wkładasz linę w jakiś przelot na stanowisku zjazdowym i spuszczasz dwa końce na dół. Wkładasz w to "ósemkę" albo inny przyrząd do zjeżdżania. Zjechaliśmy oboje i wtedy trzeba ściągnąć linę na dół za jeden koniec. I kiedy ciągnęliśmy, to górny koniec gdzieś utknął. Co zrobiliście? Nie można było się po linie wspiąć, bo mogła się odklinować. Nie mogliśmy się wspiąć po skale, bo była przewieszona. Musieliśmy czekać do rana. Pierwszy biwak w ścianie, tylko z małym oparciem na stopy. Nie można było spać, bo to 5 tys. m, więc zimno. Klęłam, że jestem 30 km od równika, a mogę się odmrozić. Można wezwać pomoc sygnałami świetlnymi, ale była kwestia honoru. Rano poprosiliśmy pierwszy zespół, który szedł do góry, żeby nam odblokował tę linę. Mogliśmy ją odciąć, bo mieliśmy kawałek pod nogami. Ale kupiliśmy ją w Chamonix za ciężko uzbierane pieniądze, równowartość 1500 zł. To był majątek dla ludzi, którzy nie zarabiają. To był chrzest górski? Tak to nazywam. Trzeba nabrać doświadczenia, wiedzieć chociażby, że nie robi się zjazdów w takiej kruszyźnie na 50-metrowej linie. Jak jest sylwester w Morskim Oku, to zawsze jakaś grupa utknie w ścianie i nie zdąży zejść na zabawę do schroniska. Dzwonimy do siebie, oni nam mrugają światełkiem z Mięguszy albo Mnicha, śpiewają sobie, żeby nie zasnąć, nie zamarznąć. Ileś błędów każdy z nas musi popełnić. Następny krok - Chan Tengri. Mój pierwszy siedmiotysięcznik, w 2002 r. Pierwszy raz spałam w jamie śnieżnej. Tam jest wietrznie, zwiewa namioty, bezpieczniej jest wejść ze śpiworem do jamy. Na początku to było wyzwanie. Po tygodniu przestało mi się podobać, bo ciągle ciemno, zimno, wiatr, a ty czekasz.
Siedem tysięcy metrów to wysoko. Mogłam zobaczyć, jak się mój organizm zachowuje na wysokości. Okazało się, że nie mam wielkich objawów choroby wysokościowej. Wiesz, jaka to choroba? Wymiotuje się całą duszą. Właśnie. Nie masz siły, musisz czekać, aż organizm wytworzy więcej czerwonych krwinek i przystosuje się do zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. A ja tego nie mam, mogę wyjść, zanieść ekwipunek do wyższego obozu, wrócić. Czasem wychodzę więcej razy, bo nie mam tyle siły co facet i muszę nosić na raty. Nie proponują noszenia plecaka? W górach nikt nie rozpoznaje, czy jestem dziewczyna, czy chłopak. Puchówka, plecak, okulary i często kominiarka na twarzy. Nie jesteś kobietą na wyprawie? Tam nie ma takich reguł, że ja się nagle komuś spodobam i on będzie mi nosił pół ekwipunku. Na dużej wysokości wysiłek jest tak ogromny, że nikt nie ma ochoty na amory. Przy ataku na ośmiotysięcznik musisz skupiać energię na wspinaczce. Skrajnie męczą cię najprostsze czynności, jak odkopywanie namiotu i gotowanie wody. Rozmowa wyczerpuje, a co dopiero flirty. Po co się pchasz w te góry, skoro tam tak ciężko? W zgiełku Warszawy "po to, żeby być wolnym" brzmi górnolotnie. Ale właśnie po to. Wolna? Jesteś tam uwięziona w namiocie, zależna od pogody. Ale nie jesteś uzależniony od samochodu, mieszkania, kredytu, komórki, pracy, korków. Też ci tak wyliczę: jesteś uzależniona od wiatru, śniegu, fizjologii... Tak, od natury. Czujesz się jej kawałkiem. Bez tych wszystkich materialnych rzeczy dopiero widzisz, na co cię stać. Musisz być w zgodzie z naturą, akceptować ją. Jak jest zła pogoda, to musisz czekać. Nie możesz zadzwonić, zapłacić, przyspieszyć. Siedzisz w namiocie i rozmawiasz z górą, prosisz ją o pozwolenie. To szkoła pokory i cierpliwości. Tam możesz cieszyć się tym, co tu i teraz.
W mieście czasem nie umiesz pozbierać myśli. Siadasz i zaraz zaczynasz się zastanawiać, co masz załatwić jutro, pojutrze. Mam kalendarz zapełniony na wiele dni do przodu. Chcę się zobaczyć z przyjaciółką Izą, ale po przyjedzie przez dwa tygodnie jeszcze się nie widziałyśmy, bo muszę nadrabiać w pracy, w weekend wyjadę. Myślę: to wariactwo, nie mogę się spotkać z Izą, a co jest ważniejsze od przyjaźni? W górach nigdy razem nie byłyśmy, ale czuję, że wtedy z nią jestem jeszcze bardziej. Na Nanga Parbat byłyśmy w kontakcie SMS-owym. A przede wszystkim czułam, że ona o mnie myśli. Dużo jest tej mistyki w górach i po to się tam jeździ. Możesz się zastanowić, co jest ważne.
Co jest ważne? Właśnie przyjaźń. Czy w górach jest przyjaźń? Albo wielka przyjaźń, albo od razu ktoś ci nie pasuje. Tam wszystko jest takie czarno-białe. Jest ciężko fizycznie, dostajesz tak mocno w dupę, że nie masz siły udawać. W mieście mamy różne twarze. Jak idę na spotkanie z klientem, to inaczej się ubieram i zachowuję. W górach jesteś, jaki jesteś. Tam od razu widać, czy ktoś jest przyjacielem, czy zrobi ci herbatę, jeśli przyszedł wcześniej do obozu. Jesteś zmęczony, ale powiesz sobie: zmobilizuję się, wyjdę ze śpiwora i będę przez godzinę gotować wodę, żeby zrobić herbatę, bo słyszę przez walkie-talkie, że nadchodzi mój przyjaciel. Ale ta przyjaźń nie znaczy, że musicie chodzić razem? Jesteśmy podzieleni na zespoły, staramy się mieć kontakt wzrokowy. Na ośmiotysięczniku Broad Peak w zeszłym roku Gorri z twojego zespołu zszedł do obozu, a ty atakowałaś szczyt. Tak, ale on powiedział, że czuje się dobrze, tylko psychicznie nie miał siły. Gdyby poprosił, tobym go sprowadziła. Wiedział, że tego dnia wyżej nie wejdzie. Zawrócił i bez problemu wszedł na szczyt za dwa dni. Czy ktoś z tobą musiał zejść? W 2004 r. na Piku Pobiedy podjęłam decyzję, że nie będę atakować szczytu. I jedna osoba zaproponowała, że mnie sprowadzi do bazy, żebym sama nie szła przez niebezpieczny lodowiec. To był duży gest - trzy dni poświęcić, żeby ze mną zejść i wrócić na ścianę. On wtedy wszedł? Tak. To był Marcin Miotk. Ten biegacz. Alpinista. Przez wiele lat się razem wspinaliśmy, bo wiele lat byliśmy parą. To było oczywiste. Gdzie wam się rozleciał ten związek? W górach czy w mieście? W górach wspinało nam się bardzo dobrze. Do tej pory potrafimy sporo czasu przegadać o planach, o treningach. Rozleciało się w życiu codziennym, bo mieliśmy różne oczekiwania wobec partnerów.
Powiedz. Tam działaliśmy partnersko, bo w górach tak trzeba działać. A w życiu prywatnym wielu facetów chce mieć żonę czy kobietę, która będzie czekać w domu z obiadem. Mamy nas tak wychowywały. Moja mama nie pracowała, wychowywała trójkę dzieci, u Marcina podobnie. My się poznaliśmy z Marcinem, kiedy mieliśmy dwadzieścia parę lat. Kiedy zaczęliśmy poważnie myśleć o życiu i zaczęły nam się klarować wizje tej drugiej osoby, doszliśmy do wniosku, że to nie to. Że ja bym chciała, żeby partner mnie traktował partnersko, tak jak w górach. A Marcin stwierdził, że chciałby kobietę nie taką "ekstremalną", tylko "normalną". Przy kawie stwierdziliśmy, że jesteśmy młodzi, możemy sobie ułożyć życie, nie ma sensu go blokować. Jesteśmy przyjaciółmi. Byliście potem razem w górach? Tak, na Piku Pobiedy. Było jeszcze fajniej, bo nie było już takich emocji. Marcin jest teraz szczęśliwy, jego żona to sympatyczna dziewczyna. My sobie mocno kibicujemy. Pierwszy ośmiotysięcznik - Cho Oyu w 2003 r. Zaraz po studiach, miałam 24 lata, byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w pierwszej pracy. Szef firmy zapytał o moje największe marzenie. Ja od razu: wejść na ośmiotysięcznik. I oboje się roześmialiśmy. No bo siedzi przed nim taka blondyneczka i rzuca takie bezczelne teksty. Po zdobyciu ośmiotysięcznika napisałam do niego maila. Odpisał: "Pani Kingo, to bardzo budująca historia". Jak to jest, jak marzenie się spełnia? Poczułam to później. Bo tam trochę poodmrażałam palce. Chodziłam po lekarzach, mówili: "Zrobiła sobie to pani na własne życzenie". Kiedy słyszysz coś takiego po raz tysięczny, to przestajesz słuchać. Teraz mam fobię na punkcie odmrożeń, dbam o to u siebie, u ludzi. Na Cho Oyu można wyjść na wierzchołek z ostatniego obozu, który jest na 7400 m (800 m poniżej szczytu). Myśmy tam mieli namiot w obozie III, który nam zwiało. Nie mieliśmy kolejnego. Marcin zdecydował, że będzie startował z obozu II, który był 400 m niżej. Jest szybki, może sobie na coś takiego pozwolić. Był tam też Szwed, którego namiot w obozie III ocalał i zaproponował mi miejsce na nocleg. Wystartowałam z nim dzień wcześniej do obozu III, następnego dnia zdobyliśmy Cho Oyu, zeszliśmy i okazało się, że jego namiot przymarzł do lodu. Wyrąbywaliśmy go przez cztery godziny. I pewnie tam przemroziłam sobie te paluchy. Teraz powiedziałabym mu: "Słuchaj, nawet jeśli ten namiot kosztuje dwa tysiące, to jest tylko namiot". Wtedy miałam poczucie, że jak on mi pomógł, to nie mogę go zostawić. Nauczyło mnie to innego podejścia. Gdyby mi teraz plecak przeszkadzał w bezpiecznym zejściu, tobym go wyrzuciła. To tylko rzecz. Ile kosztuje taka wyprawa? Pierwsza kosztowała ok. 20 tys. zł. Połowę uzbierałam, a resztę wychodziłam po sponsorach. Przychodziłam, prosiłam o pieniądze, a dyrektorzy słuchali z niedowierzaniem. Ale kilku przekonałam. Sporo pieniędzy. Mogłabyś kupić niezły samochód. I mieszkanie dawno spłacić. Ale na ostatnią wyprawę udało mi się już znaleźć paru sponsorów. Teraz jest mi łatwiej, mogę ich w zamian gdzieś reklamować. Teraz pomagał mi Alpinus, jestem w ich teamie. W lipcu weszłaś na Nanga Parbat. Jedna rzecz była tu dla mnie nowa. Zawsze chodziłam z bardzo mocnymi ludźmi. Oni mnie "podciągali". Wtedy jest ci łatwiej psychicznie, bo wiesz, że ktoś jest silniejszy i w razie czego pomoże. Pierwszy raz znalazłam się w sytuacji odwrotnej. Na wyprawie było kilka osób, które miały mniej doświadczenia i były słabsze fizycznie. Ja przychodziłam pierwsza, rozbijałam namiot, gotowałam herbatę. To duże obciążenie, że ktoś na ciebie liczy, a czasem wręcz myślisz, że tego wymaga. Że myśli: ta laska włazi na ośmiotysięczniki, na pewno się nie męczy, poradzi sobie i pomoże. A ja się przecież męczę tak samo. I w dodatku czuję odpowiedzialność. Czy facetom łatwo jest przyjąć, że kobieta nad nimi góruje? Razem z nami na Nanga Parbat były dwie wyprawy chilijskie. Rywalizowały ze sobą, która pierwsza wejdzie na szczyt, bo tam nie było jeszcze Chilijczyka. Mieli transmisje telewizyjne do kraju. Robili z siebie herosów. A takie czasy heroizmu himalajskiego już minęły, kiedyś się tak opisywało wyprawy, że to tylko krew, pot i łzy, a nie mówiło się, że jest jeszcze życie bazowe, gdzie ludzie siedzą i grają w karty. My, Polacy, jesteśmy już na innym etapie. Dogadujemy się przez telefon i jedziemy na wyprawę. A u nich jak 30 lat temu - kierownik, który mówi: ty idziesz do obozu pierwszego, ty atakujesz szczyt, ty czekasz. Więc oni z siebie robili herosów. I nie byli zachwyceni, jeśli ja się pojawiłam w tej relacji na wizji. Oni mężni, silni, całe Chile na nich patrzy, a tu jakaś gówniara się pałęta. Umniejszałam im narodowy sukces. W kuchni masz masę sprzętu wspinaczkowego. Majątek. Nie musisz wszystkiego naraz kupić. Tę linę, o której opowiadałam, kupiłam na spółkę z Marcinem. Sprzęt masz zawsze z partnerem. A później zaczęłam uderzać do sponsorów, szczególnie sprzętowych, i dostawałam - tu kurtkę, tu buty. I widzisz teraz, ile mam tego sprzętu, muszę to zawieźć do mamy do Wejherowa, żeby się porządnie wysuszyło. Moje mieszkanie jest za ciasne. A co się stało z tą liną? Leży na pawlaczu. Do tej pory się nią dzielimy." Źródło:
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Prosimy zaloguj się lub zarejestruj. |