Logowanie

Wyszukiwanie


Strona główna arrow Artykuły arrow Wyjazdy arrow Kwiaty na lodowcu
Kwiaty na lodowcu Drukuj Email Wykop! Facebook Blip wiecej
Autor: Aleksandra Dzik   
15.09.2009.
Spis treści
Kwiaty na lodowcu
Strona 2
Strona 3
Strona 4

W bazie tasiemice i my jesteśmy wreszcie szczęśliwe, korzystając z wszelkich dóbr, jakie to miejsce oferuje. Dowiadujemy się, że na najbliższe dni szykuje się załamanie pogody, doradzamy więc wszystkim pozostałym zejście. Aga i Iza i tak schodzić muszą, i to szybko. Spały na Czapajewie, rano podczas pakowania wiatr porwał im jeden śpiwór i karimatę. Załatwiamy wypożyczenie zapasowego sprzętu, szykujemy się do wyjścia. Na szczęście nie jest to konieczne, bo wieczorem dziewczyny docierają do bazy. Zresztą poinformowani o całej sytuacji przewodnicy w jedynce chętnie by je przygarnęli do swoich śpiworów, jednak nie chciały skorzystać.

Kolejnego dnia wysypiamy się, jemy, kąpiemy, odwiedzamy to jedną, to drugą bazę. Załamanie pogody faktycznie wieczorem przychodzi, niedługo po zejściu naszych kolegów. Niezbyt dobra pogoda utrzymuje się też następnego dnia, 27 lipca. Niestety 28-go, który już ostatecznie miał być dniem wyjścia, nadal jest zmienna. We mnie uaktywnia się górskie ADHD. Gdy tylko przestaje padać i mgły się rozstępują, chcę iść do góry, torować sama do jedynki. Jednak reszta zespołu nie podziela mojego nastroju, znów siedzimy w bazie. Jeszcze gorzej jest gdy kolejnego dnia pogoda też jest średnia, choć moim zdaniem na wyjście z bazy do jedynki w zupełności wystarczająca. Ale nie – siła większości skutecznie powstrzymuje mnie przed wyjściem. Piąty dzień w bazie. Żeby nie zrobić nikomu krzywdy idę biegać po morenie. Tego wieczoru głupio nam dokonywać kolejnego najazdu na bazę kirgiską, jako namiot socjalny wykorzystujemy więc... nasz trzyosobowy HiMountain Yeti’s Residence. I okazuje się, że wcale trzyosobowy nie jest, gdyż może w nim siedzieć osób dziewięć, w dodatku grając w kości.

Trzydziestego wreszcie wychodzimy. Pogoda idealna. Będąc na przełęczy można by dziś atakować szczyt. Śpimy w jedynce. Do dwójki idziemy kolejnego dnia. W nocy pada śnieg, wieje, namiot kładzie się na nas. Rano nikt nie wychodzi. Ale około 9-10 poprawia się na tyle, że kilka osób wyrusza w górę. Dziewczyny nie chcą iść, z drugiej ekipy też nikt się nie rusza, ale mnie roznosi. Chcę też sprawdzić co z naszym namiotem na Czapajewie. Gdy zbliżała się niepogoda akurat korzystali z niego koledzy z drugiej wyprawy, poprosiłyśmy więc, aby go poskładali, żeby nie porwał go wiatr. Teraz nie wiemy, czy go znajdziemy. Jednak nawet ten argument nie przekonuje pozostałych. Nie chcę awantury, zdejmuję szpej i plecak, zostaję. Zresztą może to i nie najlepszy dzień, dziś pierwszy sierpnia, rocznica tragicznych wydarzeń na Piku Korżeniewskiej...

Na Czapajewa ruszamy kolejnego dnia. Ola, Tomek z wyprawy Almanaka i ja rwiemy do przodu. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu wkrótce kończy się torowanie, śnieg jest wywiany, na skałach mamy więc ten komfort, że nikt nam nic nie zrzuca na głowy, nikogo nie trzeba wyprzedzać, a mozolnie posuwający się ogonek, w którym niestety iść musi Asia, został daleko w dole. Na Czapajewie ku swej radości dostrzegamy pod śniegiem zmiętoszony żółty materiał, któremu po kilku godzinach pracy przywracamy kształt naszego namiotu.

Kolejnego dnia tylko krótkie zejście na przełęcz i odpoczynek przed planowanym na jutro atakiem. Trasa wiedzie łatwym, śnieżnym terenem, poza dwiema szczelinami niezaporęczowanym. Widać, że obok jest nawis, ale kopiąc się w śniegu po kolana nie mamy świadomości, że właśnie przechodzimy najniebezpieczniejszy odcinek całej drogi. Stawiamy obóz na przełęczy.

„Jeśli góry są szkołą czekania, to Tien-Szan szczególnie” – ten tekst z mojego dziennika wyprawy może posłużyć za motto kolejnych dni. W nocy wieje i sypie. Stres, żeby nie przespać budzika. O trzeciej nad ranem drę się na cały obóz: - Anyone going up? Cisza. Może za godzinę, może za kolejną. W końcu wiadomo – dziś nie ma szans na atak, leżymy cały dzień w namiotach. I na drugi dzień to samo.

Statystyka wejść od północy w tym sezonie nie nastraja optymistycznie. Przed załamaniem pogody wszedł Igor z Rosji z przewodnikiem Slavikiem – para „cyborgów”, bijąca rekordy czasów. Dwa dni temu trójka Krasnojarców, którzy mają na koncie nową drogę na Pobiedzie, a teraz przymierzają się do północnej ściany Chana. Podobno były też jakieś wejścia od południa, ale generalnie nie jest dobrze. My cyborgami nie jesteśmy.

Trzeciego dnia w końcu próbujemy. Częściowo dlatego, że próbuje ekipa Almanaka – dla nich to ostatnia szansa, muszą schodzić na śmigło. Wychodzimy Asia i ja, Ola nie ufa pogodzie. A pogoda nie jest wiele lepsza niż wcześniej, zresztą uspokoiło się na tyle późno, że wychodzimy dopiero o szóstej. Znów nadciągają chmury, widoczność słaba, coraz mocniej wieje. Kolejne osoby zawracają, zostaje tylko Tomek i ja. Wiem, że szanse mamy małe, a jeśli zawrócimy wyżej, ja już nie będę miała sił na drugą próbę. Namawiam więc Tomka do odwrotu. Kiedy dochodzimy do obozu, wychodzi słońce, choć wieje nadal. Żałujemy, bo dwie osoby tego dnia weszły na szczyt. Ekipa Almanak Expedition schodzi na dół. Siódmy sierpnia. Ta noc była inna. Już wiem, że wreszcie dostałyśmy swój dzień. Startujemy o piątej, razem z nami czterech Turków i rosyjskie małżeństwo. Idąc w ogonku po poręczówkach nie sposób trzymać się razem. Zresztą już pierwsza próba czekania na dziewczyny przekonuje mnie, że po prostu się nie da, zamarzłabym. Ale pogoda jest idealna, możemy sobie pozwolić na to, by każda szła swoim tempem i w razie czego zawróciła. Ruszam więc dalej wzdłuż poręczówek do góry. Zatrzymuję się tylko na moment na 6700. Tu leży zapakowane w worek ciało Polaka, który zamarzł rok temu...

Dalej kuluarem, szybko, bo zimno, ku słońcu. Postacie pozostałych stały się małymi ludzikami gdzieś w dole, mogę się tylko domyślać, czy dziewczyny idą, czy zawróciły. Ale wiem, że na szczycie powinnam być najpóźniej o 14, więc muszę iść. Ponad przełączką spotykam dwójkę schodzącą ze szczytu; wyruszyli z prowizorycznego obozu czwartego na 6400. Mówią, że jeszcze prawie 2 godziny po polach śnieżnych. Dobrze, że przetorowali. Jakie te ostatnie sto kilkadziesiąt metrów jest nudne! Ale w końcu widzę: trójnóg, krzyż. Jest 13:50. Jestem sama, inni pewnie zawrócili. Tylko góra i ja. Widoki powalające. Miotam się, żeby zrobić sobie sama zdjęcia z flagami. Aparat dał radę, wejście potwierdzone. O czternastej zaczynam schodzić. Ku swojemu zaskoczeniu spotykam Turków i rosyjską parę. Mówię, że jeszcze daleko, ale idą dalej. W kuluarze spotykam Asię. Mówi, że Ola nienajlepiej się poczuła i zawróciła, a ona sama, choć wie, że na szczyt raczej nie zdąży, chce iść w górę do siedemnastej. Próbuję ją namówić do odwrotu. Ale nikogo nie da się zawrócić na siłę – Asia rusza do góry, ja w dół.

Do obozu dochodzę naprawdę zmęczona. Ola wychodzi z herbatą. Pakuję się do śpiwora. Z niepokojem czekamy na Asię świadome, że w razie czego tylko Ola jest w stanie wyjść do góry, ja nie mam sił. Asia wraca po dwudziestej. Do szczytu zabrakło jej mniej niż 100 metrów pól śnieżnych, zawróciła, bo było już późno.



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »