|
Strona 3 z 4
Asia i Ola nie chcą podejmować kolejnej próby, więc nazajutrz schodzimy. Ale żeby zejść, trzeba najpierw wyjść na Czapajewa. Ola pomyka żwawo, Asia i ja powłóczymy nogami. Później szybkie zjazdy do dwójki. Zejście do jedynki trwa długo, plecaki ciężkie, poręczówki pomarznięte. Do obozu dochodzimy o 21:00. Ja tradycyjnie się przeładowałam, więc ostatnie kilkaset metrów pokonuję... na kolanach. Kolejnego dnia schodzimy już na luzie, choć plecaki wgniatają w ziemię. W południe jesteśmy w bazie.
To, co dzieje się później, jest jak sen. Pojawia się Misza – szef bazy kirgiskiej wraz z kazachskimi przewodnikami, gratulują i wręczają nam... kwiaty i czekoladki! Różowe róże, przywiezione specjalnie dla nas helikopterem. Później jedzenie, kąpiel. Znów jesteśmy ludźmi. A wieczorem impreza u Kazachów i niezapomniany nocny powrót przez lodowiec. Nazajutrz snu ciąg dalszy. Ta baza, ci ludzie, ta góra nad nami. Wszystko jest idealne.
Ale sielanka nie może trwać długo. Kolejnego dnia, 11 sierpnia, lecimy do bazy na Inylczeku Południowym. Spotykamy tu Igora, który z kolejnym supermocnym przewodnikiem Gieną szykuje się na atak na Pobiedę, a także dwóch Polaków, Andrzeja i Tomka, który atakują Chana. Więcej klientów w naszej bazie nie ma. Jest jeszcze druga baza, tam jest więcej ludzi.
Trzeba zaplanować dalszą akcję. Ola nie czuje się na siłach i rezygnuje z Pobiedy. Asia chce iść, ale potrzebuje jeszcze dnia odpoczynku. Giena udziela szczegółowych wskazówek i radzi, żeby wyjść jutro z nimi, bo droga do jedynki jest trudna orientacyjnie. Chcę iść z chłopakami sama, zostawić depozyt, wrócić i kolejnego dnia iść z Asią. Ale przed jedynką są szczeliny, Giena odradza samotny powrót. Nazajutrz idę więc z nimi do początku szczelin, tam zostawiam depozyt, życzę chłopakom powodzenia i wracam sama.
Kolejnego dnia, nie przejmując się złowróżbną datą 13 sierpnia, Asia i ja wyruszamy z bazy. Labirynt seraków i szczeliny przebywamy bez problemów. Lokujemy się w pustym namiocie Irańczyków kilkaset metrów przed właściwym obozem. Rano wita nas ponad pół metra świeżego śniegu i widoczność sięgająca końca własnego kijka. Po omacku przez pole minowe zasypanych szczelin brniemy do obozu, żeby spytać, czy ktoś idzie do góry. Jeszcze nie wiedzą. Czyli sprawa jasna: pójdą jak przetorujemy. Spotykamy dwójkę schodzącą ze szczytu. Ale mimo ich śladów stwierdzamy, że torując same pod lodospad „zajedziemy” się już na starcie. Zostajemy.
Kolejnego dnia pogoda bez zmian. Asia stwierdza, że nie ma już motywacji do walki z tą górą i chce schodzić. W dodatku szef naszej bazy na łączności straszy, że gdy tylko Andrzej i Tomek, którzy właśnie utknęli przez masy śniegu na Chanie, oraz Igor i Giena, zejdą, zwija bazę i nie będzie na żadną z nas czekał. Wszystko idzie nie tak. A jednak postanawiam zostać. Chociażby „podpiąć” się pod kogoś, wejść na przełęcz Dziki, zrobić rekonesans przed przyszłym rokiem i z Gieną i Igorem zejść na śmigło.
W jedynce prawie wszyscy zbierają do wycofu. To dobrze, Asia zwiąże się z nimi, problem szczelin mamy z głowy. Zostaje jeden zespół, który przybył wczoraj wieczorem. To czwórka chłopaków, których poznałyśmy w bazie kazachskiej: Losza Bażenow, Wład Czechlow i Andriej Korneew z Kazachstanu oraz Israfil Ashurly z Azerbejdżanu. Pracują na Chanie przy zakładaniu poręczówek, jako przewodnicy i ratownicy. Tutaj są dla siebie, chcą skompletować „Śnieżną Panterę”. Też idą stylem alpejskim. Zanim rozstajemy się z Asią od Loszy dostajemy... kwiaty.
Asia poszła. Siedzę sama w namiocie. Nie mam odwagi zaproponować chłopakom wspólnego działania, na pewno nie chcieliby na jedną z najniebezpieczniejszych gór świata brać ciężaru w postaci baby. Spróbuję za nimi nadążyć, sama z trzyosobowym namiotem. Tymczasem... to oni proponują mi wspólne wyjście. I to nie na zasadzie luźnego „podłączenia się”, tylko jako jeden zespół – z ich namiotem, z wspólnym jedzeniem.
Kolejnego dnia pogoda jest lepsza, ale nie wychodzimy, trzeba poczekać aż poschodzą lawiny. Po południu na lekko Losza, Wład i ja idziemy przekopać się powyżej lodospadu. Przez radio dowiadujemy sie, że Igor i Giena byli dziś na szczycie i... schodzą od razu na dół. Czyli albo nie idę nigdzie i wracam z nimi z jedynki, albo palę za sobą mosty i idę z chłopakami na szczyt, licząc się z tym, że mój wyjazd się przedłuży, a Asia i Ola nie będą mogły na mnie poczekać. Długo się nie zastanawiam. Na łączności proszę dziewczyny o przebukowanie samolotu. Wiem, że to wszystko jest szaleństwem. Ale czasem trzeba być szalonym.
17 sierpnia po nieprzespanej nocy, przerwanej przybyciem po 23:00 Gieny i Igora, wyruszamy. Plan na dziś: dotarcie od razu do trójki, do jamy na 5800 m. Na lodospadzie trochę klniemy pod ciężarem plecaków. Jeszcze nie jest zimno, podziwiamy widoki. Szybko mijamy dwójkę na plateau i podchodzimy na Przełęcz Dziki. Teraz bardzo długie i strome śnieżne podejście. Torujemy na zmianę. Pod koniec jestem tak zmęczona, że nie mam siły się ubrać, a robi się coraz wietrzniej i zimniej. Pomaga mi Wład. W końcu docieramy do jamy. W piątkę jest ciasno, więc nawet ciepło.
Kolejnego dnia na szczęście chłopaki zaplanowali przeskok tylko o jeden obóz, na 6400. Jest zimno i wieje, ale kurtka i spodnie z primaloftu się sprawdzają. Na skałach są poręczówki sprzed dwóch lat. Jakość różna, ale dobrze, że są. Później pola śnieżne i znów zaporęczowane skałki. Na 6400 stawiamy namiot na niewielkim wypłaszczeniu pod kamieniem.
|