|
Strona 1 z 4 Na Chana i... Pobiedę? I to w dodatku z babami? Pomysł zahaczający o szaleństwo. Ale właśnie taka idea zrodziła się jednocześnie w kilku głowach. Każda z nas i tak pojechałaby w tym roku w Tien-Szan. Dlaczego więc nie pojechać razem, w kobiecym składzie? Spróbować, jak to jest być zdane tylko na siebie. Podnieść sobie samym poprzeczkę.
W ostatecznym składzie zostajemy tylko trzy: Ola Ihnatowicz, Asia Stasielak (obydwie KW Warszawa) i ja (KS Kandahar). Plan wyprawy zakłada najpierw działanie w czystko kobiecym stylu na Chan Tengri, do skutku. Lepiej wrócić z jednym szczytem niż z żadnym. Dopiero po zakończeniu akcji górskiej na Chanie spróbujemy zmierzyć się z Pikiem Pobiedy – górą mającą sławę jednej z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych na świecie. I tutaj już bierzemy pod uwagę możliwość, że na szczyt wyruszy tylko część z nas, że może trzeba będzie się „podpiąć” pod jakiś męski zespół.
13 lipca „HiMountain Tien-Shan 2009 – Polish Female Expedition” wyrusza do Kirgistanu. Lot do Biszkeku i przejazd z przygodami przez Kirgizję odbywamy wspólnie z „Almanak Expedition” – polską wyprawą na Chan Tengri. W Maida-Adyr, skąd do bazy leci się helikopterem, drogi obu grup mają się rozejść. Oni planują atakować Chan Tengri wariantem północnym, trudniejszym, lecz bezpieczniejszym. Lecą więc do bazy na lodowcu Inylczek Północny. Nas plany związane z Pobiedą skazują na wchodzenie na Chana od strony Inylczeku Południowego, drogą łatwiejszą, ale narażoną na lawiny. Dowiadujemy się jednak, że początek sezonu jest wybitnie śnieżny. Jednocześnie okazuje się, że lot z jednej do drugiej bazy wcale nie przerasta nas finansowo. I tak oto wieczorem przed odlotem, podczas imprezy integracyjnej z Czechami, zapada spontaniczna i słuszna decyzja: obydwie polskie grupy lecą na północ. Na południe przeniesiemy się, jak zrobimy Chana.
17 lipca lądujemy w bazie północnej. Kontynuując tradycję polskich wypraw niskobudżetowych, chcąc uniknąć opłat, stawiamy osobną „polską bazę” niedaleko kirgiskiej. Jest jeszcze jedna baza – kazachska, pół godziny drogi od kirgiskiej. Faktycznie leży ona już na terytorium Kazachstanu, choć ani słupka granicznego, ani pogranicznika, nikt tu nigdy nie widział. Nad obiema bazami i lodowcem góruje piękna, wieczorami przybierająca czerwonawą barwę, bryła Chan Tengri. Naprawdę niesamowite miejsce.
Nazajutrz ruszamy w górę w celu założenia jedynki. Jakoś tak wychodzi, że idziemy wspólnie z damską częścią Almanak Expedition – Izą Kamińską i Agą Konopką. Odtąd ich drogi częściej będą pokrywały się z naszymi niż chłopaków i w końcu uznamy, że nasz Female Team tworzymy nie w trójkę, a w piątkę. Jeśli dodać do tego dziewczyny z innych krajów, w tym nie tylko te idące z mężami czy przewodnikami, ale i kilka działających w zespołach kobiecych, okazuje się, że Chan Tengri to bardzo sfeminizowana góra.
Droga do jedynki nie przedstawia trudności. Po stromym śnieżnym podejściu, w miejscu przekraczania szczeliny, zaczyna się łańcuch poręczówek. Później trawers, podejście, pośredni obóz, tzw. niższa jedynka, znów śnieżne podejście i jesteśmy na miejscu, na 4600 m. Kopiemy platformę, stawiamy żółtego HiMountaina, gotujemy i wracamy do bazy.
Ponieważ Asia nie najlepiej się czuła na górze, kolejne wyjście, mające na celu postawienie wyższych obozów, rozpoczynamy dopiero dwudziestego, po dniu odpoczynku w bazie. Na szczęście tym razem w jedynce wszystkie czujemy się dobrze, nazajutrz wyruszamy więc do dwójki, położonej na ok. 5500 m. Koledzy nastraszyli nas długością i trudnością trasy, decydujemy się więc, zamiast wracać do jedynki na noc i kolejnego dnia wynosić resztę rzeczy, pójść z wszystkim na raz, a wysiłek tego dnia zrekompensować sobie nazajutrz słodkim nic nie robieniem w dwójce. Droga do obozu z ciężarem i bez aklimatyzacji zajmuje faktycznie 7-8 godzin i jest męcząca, ale skałki okazują się łatwe, a całość trasy porządnie zaporęczowana. Dwójka znajduje się komfortowym plateau – chyba jedynym kawałku płaskiego terenu z tej strony góry.
Kolejnego dnia, tak jak sobie obiecałyśmy, odpoczywamy w obozie. Niektórym wysokość o sobie przypomina, ale nie na tyle dramatycznie, żeby było konieczne zejście. 23 lipca ruszamy więc do góry z zamiarem założenia trójki. Chcemy najpierw postawić obóz na wierzchołku Ramienia Czapajewa i tam spędzić noc. Zależy nam na dobrej aklimatyzacji, także pod kątem drugiej góry. Dopiero po przespaniu nocy na 6100 planujemy przeniesienie obozu na leżącą na 5800 m przełęcz, gdzie nasza droga spotyka się z południową i skąd rozpoczyna się atak szczytowy.
Już na początku trasy Asia jest zmuszona zawrócić. Nie jest jeszcze w dobrej formie, najwyraźniej potrzebuje więcej czasu na aklimatyzację, nie ma więc sensu, żeby szła wyżej. Ola i ja ruszamy z kopyta, na zaporęczowanych stromych skałach szybko zyskujemy wysokość i na Czapajewa docieramy w niezłym czasie ok. 4 godzin. Stąd pierwszy raz widzimy Pobiedę. Robi wrażenie. Stawiamy namiot i uciekamy przed nadciągającymi chmurami do dwójki. Tu okazuje się, że Asia, czując się dobrze, poszła już sama do bazy. Nam się zwyczajnie nie chce. Śpimy w dwójce.
Na drugi dzień na dół niemal biegniemy, choć wyruszamy bez śniadania. W jedynce obiecujemy sobie bowiem zjeść coś normalnego, tutaj mamy tylko liofilizaty. Nawiasem mówiąc Ola i ja znakomicie się dogadujemy w kwestiach kulinarnych. Obydwie bez przerwy rozmawiamy o jedzeniu, obydwu apetyty wraz z wysokością rosną zamiast maleć. W końcu stwierdzamy u siebie istnienie wysokogórskich pasożytów – tasiemców, ale wyjątkowych, bo będących płci żeńskiej. Ola ma Matyldę a ja Klotyldę. One również stają się pełnoprawnymi członkiniami Female Team.
|