|
W większości powakacyjnych rozmów można usłyszeć takie dialogi: „-Gdzie się wspinałeś?? - Na weście- Francja, Hiszpania...” Jednak nam kompas się troszkę przestawił i udaliśmy się do Skandynawii.
Z Polski dopłynęliśmy promem do Nynashamn i tu pierwsze rozczarowanie – leje. A w naszym przewodniku aż kilka rejonów boulderowych w promieniu 10 km. Po krótkim namyśle odpuszczamy baldom i jedziemy w stronę Sztokcholmu, w którego okolicach (nawet w centrum) jest ponad 20 rejonów. Dosyć szybko łapiemy stopa i na poprawienie humorów poznajemy Tonyego. Facet po 5 minutach znajomości szuka naszego rejonu z większym zaangażowaniem niż my i zostawia nami numer komórki mówiąc, że jak coś to mamy zadzwonić. Miejsce fajne – jest jeziorko, prysznic, ale skały troszkę małe a tam gdzie są najładniejsze to jakieś 8a i wyżej. Po deszczu wszystko mokre :( i nie zapowiada się na wysuszenie więc następnego dnia dzwonimy do Tonyego, czy mógłby nas podwieźć do centrum Sztokcholmu. (taniej jest tam dzwonić niż jeździć komunikacja miejską). Po 30 min już jest :) Kolejny dzień spędzamy nad kanałem korzystając z bezchmurnej pogody. Robimy wszystkie drogi w naszym zasięgu i delektujemy się specyficznym krajobrazem. Dla mnie miejsce to było okropne i cudowne zarazem. Okropne, bo był to niby pionowy granit, ale cały pofałdowany – bardzo nieciekawy przy locie, a do asekuracji miało się półmetrowy a czasami jeszcze węższy murek (z jednej strony skała z drugiej woda). Cudowne, bo klimat nieziemski – pozdrowienia i rozmowy z ludźmi z jachtów, widok miasta z drugiej strony kanału.  Gaseborg. Ruszamy dalej, czas na zwiedzanie i wspin w samiutkim centrum. Skały są średnie, ale poznajemy lokalnych wspinaczy i umawiamy się z nimi na następny dzień na wyjazd za miasto. Rozbicie namiotu w parku w centrum nikogo nie dziwi. Lokalsi stawiają się, tylko niestety znowu pada, alternatywą jest sztuczna ścianka, na której zresztą chłopaki pracują. Przy wejściu szczęki opadają nam do samej ziemi i tak zostaje do końca - jesteśmy pod wrażeniem. Do tej pory cały czas marzymy, żeby chociaż jedna taka ściana powstała w Polsce (achhh te baldy). Następnym punktem jest Gaseborg – środek lasu, nad jeziorkiem, specjalna chatka dla wspinaczy – bajka. I już tak często nie pada. Pionowe ściany zachęcają nas swoim tarciem. Spędzamy tam aż tydzień i żal jechać dalej. Uderzamy do Stugun jak z przewodnika wynika raj dla wspinaczy. Po dwu dniowej podróży z przygodami jesteśmy na miejscu i ...... rozczarowanie. Skały owszem super, duża różnorodność, ale wszystko totalnie nie w naszym stylu. 20 metrów z 4 wpinkami i takimi zakosami, że żeby wpiąć linę do ostatniego ekspresu to trzeba było się mega nasiłować. Uciekamy.... Kierunek HELL :) Po drodze doświadczamy jak piękna jest Skandynawia. Zostajemy zaproszeni na obiad i nocleg do niesamowitej kobitki. Śpimy przy dziewiątym największym wodospadzie na Świecie. Góry, rezerwat ptactwa – ja mogłabym tam zostać.  Wspinanie w Hellu. Hell czeka. Niby takie nic, trzeba pobłądzić po krzakach żeby się tam wogóle dostać, ale po kilku minutach oglądania muru wiemy, że trafiliśmy do najlepszego rejonu. Mur ma długość ok 1 km i zmienia nachylenie. Skała to dziwny zlepieniec z niesamowitym tarciem i mnóstwem dziurek. W końcu jest suuuper. Oboje z Bartkiem robimy drogę o wdzięcznej nazwie „Go to Hell and get tired”. Spędzamy tam ponad tydzień i najchętniej dużo dłużej zostalibyśmy. Rejon znajduje się 30 km pod Trondheim przy lotnisku. Szalony powrót czyli stopem ponad 1000km w niecałe 12h, i jesteśmy w Ystadt. Na prom wchodzimy w ostatniej chwili z samym kapitanem. Ostatnia z podwożących nas osób nadrobiła 30km, żebyśmy zdążyli. Wrażenia ogólne: tam jest pięknie, jeżeli tylko ktoś chce podróżować i poznawać nowe zakątki to polecam. Sam wspin zależy od rejonu, który wybierzemy (właściwie jak wszędzie). Informacje praktyczne:Wszędzie przemieszczaliśmy się stopem i nie było żadnych problemów jednak samochód mocno ułatwiłby życie. Komunikacja jest straszliwie droga jak większość rzeczy. Chleb i mleko są jednymi z droższych produktów (za mleko ok 10 zl), ale jeść trzeba. Większość rzeczy jak wielbłądy przytachaliśmy z Polski. Spanie na dziko jest dozwolone wszędzie, trzeba tylko posprzątać po sobie. Dopłynęliśmy promem teraz można polecieć tanimi liniami np z Gdańska – nasze plecaki były tak ciężkie, że nam by się to nie opłacało. Przed wyjazdem wydrukowaliśmy przewodnik ze stronki www.coron.com dzięki czemu mogliśmy z góry wybierać rejony. Wiemy, że zobaczyliśmy może 1% tego co oferuje Skandynawia i bardzo chcielibyśmy tam wrócić (na pewno do Hellu) ale już samochodem. W dni restowe warto zrobić sobie spacer po okolicy, praktycznie wszędzie jest coś ciekawego.  Krajobrazy z podróży  Krajobrazy z podróży.  Stugun.  Bartek w centrum Sztokcholmu.  Hell.  Karbin.com - o niej cały czas marzymy.  Okolice Gaseborga.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Prosimy zaloguj się lub zarejestruj. |