Nie potrzeba wiele do tego by wyruszyć w drogę. Odrobina szaleństwa, szczypta rozwagi, łyżka pomysłów, szklanka dobrego humoru i gotowe. Pierwszy wspólny wyjazd w skały.
Decyzja o tym, że w sobotę lecimy Rzymu, zapadła w czwartek, a co będzie dalej to już nie ważne… Strach przed tym szalonym pomysłem wyjazdu po raz pierwszy w skały nie opuszczał mnie aż do momentu gdy założyłam uprząż i wio w górę… ale wszystko od początku. Wylot z Gdańska po 19, w Rzymie - Fiumicino ok. 22. Odebranie auta i ruszamy w drogę. Chcieliśmy podróżować wzdłuż wybrzeża prosto do Sperlongi, tylko żadne z nas nie przypuszczało, że w sobotnią noc droga nadmorska zamienia się w wielką imprezę. Niesamowity korek, ludzie wchodzący do klubów tamują przejazd, samochody jadą wolno, ponieważ szukają miejsca by zaparkować. Wszystko to spowodowało, że odcinek 120 km pokonywaliśmy w ponad 3 godziny. Będąc o 3 nad ranem w rejonie Sperlongi ciężko było z noclegiem. Po długich przemyśleniach chcieliśmy zanocować na plaży, tyle że zmęczeni podróżą mieliśmy wszystko gdzieś. Rozłożyliśmy karimaty, śpiwory i przespaliśmy parę godzin pod palmą. Nastał nowy dzień. Na wszelkich forach wspinaczkowych polecano noclegi w Vila Marina, dlatego skorzystaliśmy z tej informacji i wybraliśmy się na poszukiwania. Szybko znaleźliśmy Marco i sprawa noclegów się rozwiązała. Przyjemna atmosfera, czysto, ciepła woda w prysznicu i wielu współlokatorów w postaci jaszczurek. Udaliśmy się na wypoczynek, a potem nastał czas by ruszyć w teren.  Nocleg w przyczepie kempingowej przy Villa Marina W pierwszej kolejności chcieliśmy zobaczyć grotę. Zejście schodkami, a tam „szlaban” i wjazd na plażę Ultima Spiaggia 2 euro od osoby. Gdy tylko zobaczyłam wiszące ekspresy od razu rzuciłam się w kierunku groty. Widok zapierający dech. Stajesz się tak mały wobec natury, a jednak chcesz być jak najbliżej niej. Mieszanka strachu i podniecenia, przerażenia i zachwytu. I jedno pytanie krążące w głowie „kiedy tam wejdę”. Ale spokojnie, Paweł powiedział, że musimy się rozwspinać, a potem może coś uda nam się zrobić w grocie.  Grotta dell' Areonauta Zobaczyliśmy grotę i ruszyliśmy zbadać pobliskie skały na tej samej plaży, gdzie zaczęliśmy od drogi 4a+ na początek. Paweł przodem – ja asekurująca, pierwsze ekspresy i wędeczka dla mnie zawieszona. Pierwsze wejście – szok – jakoś mi idzie. Nóżka tu, rączka tam i byłam na górze. Wspaniały widok i fala niesamowitego uczucia przeszywająca całe ciało – zrobiłam to. Jest super. Chce jeszcze. Zjechałam na dół i powiedziałam „Jeszcze raz!”. Wspinanie na plaży w zachodzącym słońcu z najbliższą osobą to wspaniałe rozpoczęcie wyjazdu. Cały strach odleciał daleko i już wiedziałam, że może być tylko lepiej. A ze skałami to chyba się polubimy. Następny dzień przywitał nas gorącym oddechem, dlatego spędziliśmy poranek na plażowaniu. Ciepłe morze, wysokie fale i temperatura ponad 25 stopni to niezłe leniuchowanie. Potem sjesta na kanapie i ruszamy dalej na łojenie. Tym razem coś „mocniejszego” Drogi wg wyceny topo 5a, 5b w już zacienionym miejscu były fajną zabawą. Tu nie było tak łatwo, ale jaka przyjemność. Już drogi mają ponad 20m i zaczynam czuć, że skały są wymagające.  Klify przy grocie, Aprodo dei Proci Nastał wtorek i postanowiliśmy wcześnie wstać i ruszyć na małe zwiedzanie. W planach Pompeje, Wezuwiusz i Neapol. Pompeje – fajne miejsce. Niesamowicie jest dotknąć historii z 40 roku naszej ery. Jedynie palące słońce zmusiło nas do tego, że przeszliśmy cały obszar w szybkim tempie. Wezuwiusz zrobił na nas największe wrażenie. Na parking pod Wezuwiuszem wjeżdżaliśmy krętą drogą, gdzie dwa razy na zakrętach spotkaliśmy się z autokarem. Wtedy szybka reakcja, cofanie i na wąskiej drodze – włoskim sposobem „na styk” – mijaliśmy się z olbrzymami. Parking oczywiście płatny, wejście na wulkan tak samo. Pozostało mi wrażenie, że tam się wszędzie płaci. Podejście to ok. 30 minut i tuż na szczycie małe piwko na ugaszenie pragnienia. Widok rozchodzący się ze szczytu niezapomniany.  Krater Wezuwiusza Neapol widziany z góry sprawił, że postanowiliśmy jeszcze go odwiedzić. Na Wezuwiuszu można przejść połowę drogi wokoło krateru i podziwiać widoki. Dalej pojechaliśmy do Neapolu. Jako kierowca przeżyłam koszmar. Wąskie uliczki, pełno skuterów jeżdżących pod prąd i ludzie chodzący po ulicy jak „święte krowy”. Nagle pojawiają się 3 pasy i każdy jedzie w każdym kierunku??!! Specyficzne dla włoskich kierowców jest też to, że nie używają świateł mijania, a jak już je włączą, to ich nie wyłączają i np. z kierunkowskazem włączonym na prawo skręcają w lewo ?! Udało nam się zaparkować w samym centrum Neapolu za 2 euro. Przeszliśmy go dość szybko, bo to dość chaotyczne miasto. Gwarne, brudne, ale posiadające swój urok… trzeba go może głębiej poszukać.  Pompeje z widokiem na Wezuwiusza Środa była dniem pod znakiem wspinaczki w grocie. Cały czas o tym myślałam. I w końcu już…. Rozkładamy się w grocie. Wybraliśmy najłatwiejsze drogi, żeby się nie zamęczyć od razu – albo wręcz odwrotnie… Paweł wybrał te łatwiejsze, żebym się nie zniechęciła od razu. Pierwsze wejście i ogarnęła mnie niesamowita złość. Nie szło mi tak jakbym chciała. Paweł krzyczał z dołu ‘weź nóżkę tam, ręce tam’, a ja czułam, że nie mam siły nawet ruszyć palcem. Jednocześnie nie chciałam odpuścić. Po długim pokonywaniu drogi zeszłam niesamowicie zła. Paweł przerażony myślał, że to koniec wspinania, a ja odwrotnie…. To był dopiero początek. Drugie podejście było lepsze, a następne też jakoś już lepiej, choć nie byłam z siebie zadowolona. Około 21 odpuściliśmy zmęczeni i poszliśmy się wykąpać w morzu. Następnego dnia znowu po południu się plażowaliśmy, gdzie po 18 ruszyliśmy do Gaety zobaczyć klify. Widok który pozostawił w nas uczucie niedosytu. Zgodnie powiedzieliśmy, że musimy tu wrócić i wspinać się w tym magicznym miejscu. Potem podjechaliśmy w rejony tunelu nad drogą pomiędzy Gaetą a Sperlongą i tam po stromym podejściu zrobiliśmy 2 drogi. Widoki przeurocze. Skała o zupełnie innym charakterze, ale jakaż frajda, że znowu łoję. Wieczorem spędziliśmy uroczy wieczór na lodach w Sperlondze. Ostatni dzień wspinania pozostawiliśmy na magiczną grotę. I ten dzień to już dla mnie była bomba. Przyzwyczaiłam się do skał i chciałam więcej i więcej. Szło mi lepiej niż wcześniej i czułam niesamowitą moc :D Wieczorem zasłużona pizza w starej Gaecie, gdzie przemiły Chorwat przyrządził nam ten włoski specjał nie oszczędzając na dodatkach. W blasku ulicznych lamp starego miasta powracaliśmy do Vila Marina na wieczorną cytrynówkę z naszą gospodynią. Na drogę dostaliśmy wina domowej produkcji i z żalem zaczęliśmy się pakować, by wczesnym rankiem wyruszyć do Rzymu. Szybko i sprawnie udało nam się przedostać do Rzymu i zaczęliśmy zwiedzanie tego wspaniałego miasta. Wieczorem odlot i zimne powitanie na lotnisku w Gdańsku. Brr z 27 stopni na 10…. Ale już niedługo…. Już w głowie kolejne wspinaczkowe plany. Iść ciągle do przodu… do kolejnego łojenia.  Klify przy grocie, Aprodo dei Proci
Martyna Grzona
Przedyskutuj ten artykuł na forum. (8 postów)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Prosimy zaloguj się lub zarejestruj. |