Logowanie

Wyszukiwanie


Strona główna arrow Artykuły arrow Wyjazdy arrow Pierwszy raz na 6 tysiącach-Stok Kangri
Pierwszy raz na 6 tysiącach-Stok Kangri Drukuj Email Wykop! Facebook Blip wiecej
Autor: Joanna Mostowska   
10.07.2010.

LadakhuKiedy czytałam bardzo fachową literaturę o bardzo profesjonalnych wspinaczach wdrapujących się na prawie 9-kilometrowe góry, 6 kilometrów ponad morzem wydawało się bułką z masłem. Przecież ci Wielcy mieli na takiej wysokości wygodne obozy bazowe. A jeśli nie bazowe, no to „dwójki”. 6 kilometrów to pryszcz.Zanim samemu nie trzeba tam wejść.

Góra mnie kusi

A wejść było trzeba, bo tu, w Ladakhu siedziałam już prawie dwa miesiące zbierając materiały do pracy magisterskiej. I od dwóch miesięcy Góra, nęciła mnie swoją sylwetką. Góra zaglądała codziennie przez okno pokoju, który wynajmowałam. Góra nachylała się nade mną gdy podchodziłam pod jakiś okoliczny pagór. Góra, ta biała Góra, z ośnieżonym szczytem wyróżniała się pośród innych, gołych i suchych szczytów sięgających nawet 5 tysięcy metrów (Ladakh jest niezwykle suchy). Góra, czyli Stok Kangri o wysokości 6153 m n.p.m. A profesjonalny wspinacz ze mnie mniej więcej taki, jak i baletnica. Czyli żaden.


Ladakhu
Suchy krajobraz Ladakhu

 

Kangri
Widok na stok Kangri

Pagóry dają mi w kość

Chodziłam więc przez te dwa miesiące po tych suchych, odludnych bezdrożach przypominających nieraz jakąś inną planetę, w każdym razie nie Ziemię. Trekkingi w Ladakhu bywają trudne – trzeba mieć ze sobą cały zapas jedzenia i wody. Szlaki nie są oznaczone jak w Tatrach: kolorowymi znaczkami, a co najwyżej łajnem osłów, które niosły bagaże bardziej leniwych turystów. Ja jednak z uporem osła nosiłam wszystko na własnych plecach. Na pierwszej takiej wycieczce (zanim Góra mnie skusiła i chodziłam po niższych, aczkolwiek sięgających 5 tys. m n.p.m, pagórach) nie przewidziałam, że będę bardziej głodna niż zwykle i wkrótce zorientowałam się, że nie starczy mi jedzenia. Po drodze nie ma jednak co liczyć na sklepy czy budki z hot-dogami. Postanowiłam więc po prostu przejść trasę szybko. Bardzo szybko. Trasę opisywaną w przewodnikach jako 8-10 dniową przeszłam w 4 dni. Kiedy dobiegłam do Leh, stolicy Ladakhu, pędem rzuciłam się do najbliższej knajpy .

 

Image
Roślinnośc tylko w sztucznie nawadnianych dolinach

leh
Leh, stolica Ladakhu
 

Pagóry dają mi jeszcze bardziej w kość

Góra już mnie prawie skusiła, ale zanim zdecydowałam się na jej podbój, postanowiłam jeszcze posiedzieć wśród pagórów. Oddaliłam się od ostatniej wioski już o kilka dni. Szlak tym razem był już mniej uczęszczany niż ten, na którym omalże nie zginęłam śmiercią głodową, a zatem szybko go (tzn. szlak oślich kup) zgubiłam. Gdy błądziłam pośród coraz bardziej strzelistych skałek zaczął padać deszcz, zrobiło się ślisko. Wpakowałam się w jakieś cholerne skałki nie mogąc przejść ani w lewo, ani w prawo. To znaczy mogłam przejść w lewo, ale musiałabym się mocno odchylić do tyłu, omijając tułowiem przewieszkę. Ponieważ pode mną była przepaść na jakieś 100 m, pomysł ten nie za bardzo mi się spodobał. Ręce i nogi zaczęły mi się trząść i wiedziałam, że w tym momencie muszę zrobić coś natychmiast. Inaczej opadnę z sił od tego stania. Decyzja była bardziej instynktowna niż przemyślana – jednym ruchem zrzuciłam w przepaść plecak i przewinęłam się przez przewieszkę. Wkrótce znalazłam się w łatwiejszym terenie. Miałam już dosyć gór. A tu jeszcze trzeba odnaleźć plecak. W drodze na dół poślizgnęłam się i mocno obiłam bok. Czy ja zawsze muszę być taką ofiarą losu? Po kilku godzinach w deszczu udało mi się odnaleźć plecak, rozstawić namiot i spędzić noc szczękając zębami z zimna, nie mając na sobie nawet suchej nitki. Rano postanowiłam zawrócić. Pagóry dały mi w kość. I to dosłownie. Bo obawiałam się, że mam złamane żebro. Gdy wróciłam do Leh, poszłam nawet do szpitala, ale okazało się, że kość jest cała, jedynie płuco nieco obtłuczone.


Ladakhu

Góra mnie skusiła

 Góra mnie ostatecznie skusiła i postanowiłam, że idę. Ostatnie wypadki skłoniły mnie jednak do pójścia nie samej, jak to na początku planowałam, lecz z przewodnikiem. Idę zatem ochoczo za Szerpą i podziwiam góry, które oblewa obfity deszcz. Po dwóch dniach docieramy do głównej bazy, czyli po prostu polanki na wysokości ok. 5100 m n.p.m., i rozstawiamy namioty. Po krótkiej nocy i szybkim śniadaniu wyruszamy. Jest bardzo ciemno. Nic nie widać. Dobrze, że Szerpa ma żółtą kurtkę. Mężczyzna pędzi jak oszalały, albo po prostu to ja się wlokę. Tak czy inaczej wkrótce Szerpa zniknął mi z oczu. Byłam pewna, że na mnie poczeka. Ale idę i idę, a po Szerpie ani śladu. Zaczął padać śnieg. Zgubiłam ślad Szerpy i przestało być wesoło. Krzyczę do niego, ale w odpowiedzi słychać tylko wiatr. Czy ja zawsze muszę być taką ofiarą? Nie dość, że sama mam skłonności do gubienia się, to wzięłam sobie jeszcze Szerpę, który zgubił mnie. Nie wiem gdzie iść, a przede mną szczeliny na lodowcu. „O nie! Życie mi jeszcze miłe. Nie będę się pchać na ślepo. A sterczeć tu też nie będę, bo zamarznę. Zawracam” – postanowiłam. Ale gdy odwróciłam się na pięcie zobaczyłam światła czołówek. Okazało się, że to dwaj hiszpańscy wspinacze, którzy od jakiego czasu eksplorują okoliczne lodowce i skały. Kiedy powiedziałam, że zgubiłam swojego Szerpę, Hiszpanie zaprowadzili mnie we właściwą stronę. Dopiero po 1,5 godzinie spotkaliśmy Szerpę, który spokojnie czekał i palił papierosa. Ku mojemu zaskoczeniu, wspinacze mieli ochotę zabić Nepalczyka „dlaczego zostawiłeś ją samą? – krzyczeli i gdyby nie moja interwencja doszłoby do rękoczynu. Hiszpanie poszli w swoją stronę. Od tej pory Szerpa już oglądał się, czy idę za nim. Zaczęła się mozolna wędrówka po lodowcu pod górę. Powoli robiło się jasno, ale chmury, z których wciąż padał śnieg, przesłaniały słońce. Droga nie była technicznie trudna. Jedynie w kilku miejscach trzeba było wyciągnąć się czekanem na lodowych ściankach. Najgorsze, że niewiele było widać, nie można było mieć żadnego punktu zaczepienia. Szerpie z pewnością było zimno, bo zapomniał wziąć rękawiczki! Próbował mnie jeszcze oszukać, że szczyt to już tu. Na szczęście poznałam już dobrze zagrywki Azjatów i tym razem nie dałam się zrobić w bambusa. Przewodnik musiał przewodzić dalej. Szliśmy dalej. W końcu dostrzegliśmy buddyjskie flagi modlitewne na szczycie. Udało się! Pierwszy raz jestem powyżej 6 tys. m n.p.m.! Pomimo kiepskiej pogody i sporego zmęczenia, nie odczuwałam choroby wysokościowej. Zapewne dlatego, że spędziłam na dużych wysokościach sporo czasu. Dwa zdjęcia pamiątkowe. I schodzimy!


Joanna Mostowska

Joanna Mostowska wiadomosc

# Przedyskutuj ten artykuł na forum. (0 postów)



Od redakcji: Zachecamy inne uzytkowniczki naszego serwisu do przesylania relacji ze swoich wyjazdów, opisywania doswiadczen z zycia wspinaczkowego, porad dla mniej zaawansowanych wspinaczek itd, w sposób powazny lub zartobliwy. Zachecamy do poruszania wszelkich tematów zwiazanych z zyciem wspinajacej sie dziewczyny/kobiety. Serwis www.wspinaczki.pl jest o Was i dla Was.




Skomentuj pierwsza/y

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Prosimy zaloguj się lub zarejestruj.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

new banners lamoda Image Banner 750 x 200