Wiosna idzie wielkimi krokami, za nią podąża długi weekend majowy, co oznacza nic innego wyjazdy w skały, góry . Najważniejszym ekwipunkiem są , oczywiście, buty wspinaczkowe. Z tym nie miałam nigdy problemu, brałam z szafki i hop! do plecaka obok reszty szpeju. Kłopot pojawiał się przy wyborze butów podejściowych.
Niby odwieczne trekkingi za kostkę oraz wygodne sandałki są na stanie, ale co mi po sandałkach w Tatrach a butach trekkingowych z membraną przy 30 stopniach w cieniu...Pojawił się plan kupienie krótkich butów na podejścia. Tu niestety nastąpił zgrzyt oczekiwań z asortymentem sklepów. Bo tak to jest jak ktoś sobie wymyśli, że chce buty z "zagumowanym" czubkiem. Ja właśnie taki miałam kaprys i żadne inne mnie nie przekonywały. Pierwszym marzeniem były Salomony, model Prosicky Low, okazało się jednak, ze w Polsce nie ma, bo to stary model, że są tylko takie za kostkę. Odpadły, w skały pojechałam w wysłużonych trampkach. Potem znalazłam nawet jeden popularny model Karrimora, ale okazało się, że na moją stopę niestety nie pasuje:( Nie poddawałam się, twardo szukałam dalej. W końcu, myślałam, że wyjazd do Arco przyniesie odmianę, ale nocleg okazał się za drogi, żeby 100 E na buty poświęcić. A ładne były.
Nadzieja przyszła kolejnego sezonu- aukcja na allegro, buty niczego sobie, sprawdzone przez kolegę North Face. I znów lipa, tylko męska numeracja. trzeba było się w wysokich przemęczyć. Już mnie kusiło, żeby kupić jakieś inne, bo w sumie taka guma na czubku to może i coś daje, można łatwe wyciągi w takich butach śmignąć, no i mniej się niszczą, ale przecież niezbędna nie jest. No ale kaprys to kaprys, wytrwałam przy nim i w końcu się udało kupić wymarzone buty, ale nastąpiło to po ok. 2 latach poszukiwań. W maju przetestuję:)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Prosimy zaloguj się lub zarejestruj. |