|
..bzik, odchył, pasja, konik, hobby…. Jak zwał, tak zwał, ale prawie każdy to ma, tylko na innym punkcie i poziomie zaawansowania. Cokolwiek to nie jest bywa, że w znacznym stopniu determinuje nasze codzienne życie, a przynajmniej ma na nie jakiś wpływ. Moje wrodzone ADHD, które od dziecięcych lat prawie nie opuszcza mnie na krok, nie pozwala usiedzieć spokojnie na „czterech literach” i zmusza mnie do działania.
Uwielbiam zmiany, ruch, ciągłe odkrywanie… Trochę taki ze mnie „życiowy eksplorator”. Kilka „odkryć” mam już na swoim koncie, a wspinanie to jedno z większych, które mogę umieścić na liście. Zanim jednak przekonałam się do swojej pasji, czerpałam radość z aktywnego spędzania wolnego czasu, uprawiając różne dyscypliny sportowe. Ponad 10 lat temu rozpoczęłam przygodę ze wspinaniem, udając się na kurs skałkowy do KW Kraków. Bynajmniej nie dlatego, że „połknęłam bakcyla” na chodzenie w pionie i chciałam się czegoś więcej nauczyć. Powodem była raczej nieodparta potrzeba ciągłego udowadniania sobie, że jestem w stanie zrealizować każdy swój pomysł, który „wypluta mi się pod sufitem”. Nic, więc, dziwnego, że przekraczając próg siedziby KW, w celu odbycia pierwszych zajęć z teorii wspinania, wszystkie komórki mojego ciała i umysłu, niczym muzycy podrzędnej orkiestry symfonicznej, grały na jedną nutę: „I co ja robię tu…??? Uuu…. ”, doprowadzając w efekcie do kompletnego niemal rozstroju nerwowego, a co za tym idzie, częściowego paraliżu mięśni ustroju, powodującego chwilowy bezdech i następujący po nim, krótkotrwały zanik mowy :) Po teorii przyszedł czas na praktykę i długie dni spędzane w skałach z instruktorem. Kiedy wieczorem wracałam do domu, za każdym niemal razem, witały mnie zapłakane oczy mamy…. Hmmm…. Po kursie porzuciłam wspinanie, bo „bakcyl nie pozwolił połknąć się” OS’em. Próbowałam sił w różnych dyscyplinach sportowych, także wyczynowo, aby po kilku latach powrócić „do pionu”. Tym razem jednak już na dobre :) Lecz nie samym wspinaniem żyje człowiek… - ja też nie. Oprócz chodzenia w innej płaszczyźnie uwielbiam biegać, wędrować po górach, od czasu do czasu pokręcić na rowerze, pływać…. jeździć na nartach (choć to jeszcze dość kulawo mi wychodzi). Ja i moja aktywność fizyczna lubimy swoje towarzystwo. Można by rzec, że jestem typem, który bez ruchu ani rusz :) Nie trudno się, więc, domyśleć, że rodzina, znajomi bliżsi i dalsi, ze świata nie-wspinaczkowego, zmuszeni zostali do zaakceptowania takiego właśnie stanu rzeczy. W konsekwencji wspólne spotkania przy kawie czy wyjścia do kina, pubu, musiały niejednokrotnie ustąpić miejsca wypadom w skały lub treningom na panelu. Nie było łatwo na początku. Trudno, bowiem, wytłumaczyć komuś, z kim spędza się przeciętnie 4 wieczory w tygodniu, że teraz będzie się dla Niego w 60% gdyż pozostałe 40% zajmuje jakiś kawałek „dechy” z poprzykręcanymi, różnokształtnymi wypustkami (czyt.: chwytami). Później z 60% robi się 50%, 40%.... Oczywiście każdy sam decyduje, w jakim stopniu chce zaangażować się w swojego „bzika”. Ja z uwagi na fakt, że jak już coś robię to zawsze na max, nigdy na „pół gwizdka”, poszłam „na całość”…. Na pewno trochę żal tych relacji, bo ich ogniwa delikatnie się poluzowały, a serducho tęskni wciąż do wspólnych spotkań na kawie. Nadal jednak jesteśmy dobrymi, starymi znajomymi „po przejściach”, którzy zawsze mają o czym rozmawiać, nawet gdy spotykają się po dłuuugich tygodniach, czasem miesiącach, niewidzenia. I nie zmieni tego ani mój, ani żaden inny „bzik”. Wspinanie to nie tylko łażenie po chwytach, wyłącznie dla czerpania przyjemności z samego ruchu. Dla mnie to także LUDZIE i radość przebywania z Nimi. Wspólne wypady, przeżycia, doświadczenia – czasem bolesne (zwłaszcza przy zetknięciu glebą :) ), to także nauka zaufania i odpowiedzialności za partnera na drugim końcu liny. …bo „mój pionowy świat” to jakiś sposób na „moje życie”. Ile jest wart ten mój pionowy świat??? ….BEZCENNY… 
To odskocznia od codzienności i mobilizator do działania. Panel, skały, góry… trasa biegowa – oto miejsca, w których „ładuję akumulatory”, aby kolejny raz przyjść do pracy z głową pełną pomysłów, a wracając do domu przekroczyć próg mieszkania i wszystkie frustracje pozostawić przed nim… Może brzmi to nieco patetycznie, gdyż wspinanie nie determinuje mojego życia w 100% (są, bowiem, wartości wyższe i większe), niemniej wpływa ono znacząco na moją codzienność. Lubię mieć jakiś cel w swoim działaniu, do którego dążę, a wspinanie umożliwia mi realizację tego założenia. Wybór pięknej, pionowej linii, praca nad „poskromieniem” jej, szczypta adrenaliny i pozytywne „nakręcanie się”… w końcu upragniona wpinka do zjazdowego – za to nie da się zapłacić kartą M! Nie chodzi mi tutaj o kilkumiesięczne patentowanie drogi i wiszenie na wędce, gdyż dla mnie jest to dość wątpliwa przyjemność, ale myślę raczej o „zdrowym” podejściu do wspinania i osiągania kolejnych szczebli na mojej „pionowej drabinie”. Wszystko to powoduje, że mi się chce! Dodaje spręża nie tylko do dalszego wspinania, ale w ogóle do życia: do pokonywania kolejnych trudności, jakie niesie ono ze sobą i do pełnego czerpania radości z małych sukcesów!! …zapłakane oczy mojej mamy.. Tak było na początku. Czas to najlepsze lekarstwo, więc oswoił nieco zatroskane Jej serce z moim „pionowym światem”. Ale serce to nie sługa i czasami nie chce słuchać. Zwłaszcza wtedy, kiedy wracając ze skał wpadam z odwiedzinami na OSIR, które kończę z ręką, nogą, palcem… w gipsie :) A, że, jak już wcześniej wspomniałam, angażuję się w swoja pasję całym sercem, umysłem i ciałem (a zwłaszcza tym ostatnim), różne przypadki i wypadki po mnie chodzą. Dwie poważniejsze „gleby”, powykręcane stawy, potargane mięśnie i przyczepy, ponadrywane ścięgna, potłuczone kości… brzmi może trochę makabrycznie, ale ja właśnie „tak mam” i już! Nie bez powodu chirurg – ortopeda, przystępując po raz kolejny do gipsowania, tym razem stawu łokciowego, zaproponował założenie drugiej porcji ciężkiej, białej masy na moją głowę :) Od razu pragnę jednak zaznaczyć, że wspinanie nie dla wszystkich łojantów wiąże się z powyższymi kontuzjami. Absolutnie NIE!!! Oczywiście, należy liczyć się z ewentualnymi „ubytkami” na ciele czy zepsuciem jakiegoś „podzespołu”, zwłaszcza przy dość intensywnym treningu. Jednak mogę śmiało stwierdzić, że wśród swoich „znajomych z branży”, już trzeci rok z rzędu, pretenduję do tytułu „kaleki sezonu” :) Nie bez powodu, więc oczy mamy są jeszcze czasem zapłakane… Przykro jest, kiedy sezon w pełni, a ja siedzę kolejny miesiąc na „czterech literach”, w tym czasie moja rehabilitantka Aga robi, co może, aby znów postawić mnie „w pionie” i funduje mi 47 zabieg. Przykro…, ale miesiące bez wspinu, a czasem nawet prawie zupełnie „bez ruchu”, nauczyły mnie pokory, determinacji, walki, otwarły moje oczy i pozwoliły dojrzeć jak wielką wartością jest zdrowie i sprawność fizyczna. Nie ukrywam, że te i inne „wypadki z życia” zmieniły nieco mój pogląd na codzienność… wydaje się on być trochę bardziej dojrzały. Wspinanie zmienia, tak jak zmieniają wszystkie inne „bziki” :) Może i przysparza trochę więcej trosk naszym bliskim…. Ale warto mieć takiego czy innego „fisia” i na dzień dzisiejszy nie za bardzo wyobrażam sobie jego eksmisję z mojego życia. Akceptuję swojego „bzika”, ze wszystkimi jego wadami i zaletami… tak jak on zaakceptował mnie i moje delikatne „wyboje pod sufitem” :)
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Przy współpracy z:

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Prosimy zaloguj się lub zarejestruj. |