Logowanie

Wyszukiwanie


Strona główna arrow Artykuły arrow Wyjazdy arrow Zimowy kurs taternicki co i jak
Zimowy kurs taternicki co i jak Drukuj Email Wykop! Facebook Blip wiecej
Autor: Joanna Mostowska   
12.03.2010.

Kurs taternickiPrzełom stycznia i lutego. Kurs PZA. Hala Gąsienicowa. Betlejemka.
Czternastu kursantów. Przepraszam, trzynastu kursantów i jedna kursantka.

 

 

Kursantka robi pierwsze kroki

Pół roku temu, gdy kończyłam kurs letni, zapytałam instruktora o zimę. Odpowiedział, że jest wtedy nie dwa czy trzy, ale z dziesięć razy trudniej. Nie wiedziałam, czy tak powiedział, bo to prawda, czy też chciał mnie wystraszyć. To drugie mu się nie udało, tak więc jestem kursantką zimowego kursu taternickiego. I czy jest dziesięć razy trudniej? W odróżnieniu od kursu letniego – tutaj jest jedynie dwóch kursantów na jednego instruktora. Nie trzeba nikogo przekonywać, że zimą jest zimno (na kursie dochodziło do ok. -17 stopni). To, że jest zimno, pociąga za sobą jednak wiele konsekwencji. Przede wszystkim trzeba się ubrać cieplej. Przy kilku warstwach ciuchów, wspinacz nie tylko waży więcej, ale również jego ruchy są mocno skrępowane. Ubranym w grube puchowe kurtki nie byłoby się w stanie nawet wyciągnąć ręki. W zbyt cienkiej odzieży człowiek z kolei marznie. Ale ponieważ marznie się tak czy inaczej, to ja na ogół miałam jedynie cienki polar, primalofta i na to cieniutką kurtkę. Najgorsze są oczywiście ręce. Wspinacz na ogół staje przed wyborem: albo mieć grube rękawiczki i nie móc nic precyzyjnie nimi wykonać, albo mieć cienkie rękawiczki, po chwili odmrozić sobie ręce i też nie móc nimi nic wykonać. Tak na serio to ja miałam jedną warstwę cienkich rękawiczek na prowadzenie, a na stanowisku i jak szłam na drugiego to zakładałam drugą, grubszą warstwę. Ale na tym nie koniec. W warunkach zimowych wspinamy się w grubych, skórzanych butach albo skorupach oraz rakach, a w rękach trzymamy nieodłączne czekany czyli po prostu dziaby.

Kurs taternickiObciążeni już o te dodatkowe kilogramy, do letniego zestawu rocksów, friendów, taśm i haków dorzucamy jeszcze śruby lodowe, igły lodowe (do zmarzniętych trawek). Zimą należy mieć również zawsze przy sobie zestaw lawinowy: radioodbiornik (tzw. pips), sonda i łopata. Zarzucamy jeszcze tylko plecak, w którym trzeba mieć: zapasowe rękawiczki, czapkę, polar, termos z herbatą i czekoladą. Kiedy już ubierzemy się w to wszystko, stajemy pod skałą i stwierdzamy, że ledwo możemy się ruszać. Poza tym, zimą człowiek szybciej traci energię. Ogrzanie organizmu pochłania bowiem wiele sił. Dalej, zimą zazwyczaj jest śnieg, co powoduje, że samo dojście do wybranej drogi trwa, nie mówiąc już o tym, że sama droga jest zasypana śniegiem (np. metrową warstwą puchu) albo zalodzona. Ponadto zimą jest krótszy dzień, więc mamy mniej czasu. Na ogół wieje też silniejszy wiatr i mogą być lawiny. A w ogóle to lepiej było nie wychodzić z domu… „Jak się wspinasz?! Po co tam przelot zakładasz?! Oszczędzaj sprzęt!! Ruszaj się, bo chodzisz jak stara baba!” Tak, tak – to było właśnie do mnie, a instruktor przy niemal każdym moim ruchu krzyczał, strofował i pewnie załamałby ręce, gdyby nie to, że trzymał w nich dziaby. „Bezpieczeństwo, szybkość, oszczędność” – jak mantrę powtarzał nasz mistrz te najważniejsze elementy wspinania. A więc dobrze się asekurujemy, żeby się nie zabić. Ale również trzeba się wspinać jak najszybciej, szczególnie zimą, kiedy i tak wszystko trwa za wolno. Przy tym wszystkim trzeba oszczędzać sprzęt. Żeby starczyło na wszelki wypadek.

Kurs taternicki

 

 Kursantka zostaje na lodzie (i płacze)

Idzie mi wciąż wolno. Ciągłe uwagi od instruktora powodują, że jestem zdenerwowana i idzie mi jeszcze gorzej. Ściągam grube rękawiczki, nawet przy asekurowaniu, żeby skupić się na sprzęcie. Nogi plączą mi się w linie, nie widzę żadnego miejsca na przelot, ręka odmrożona, w głowie pulsuje, nogi się trzęsą, instruktor popędza. W dodatku na mrozie ciągle leci mi coś z nosa, a nie mam jak wytrzeć tych dyndających glutów. Włażę wyżej po skale. W skale nie mam jeszcze pewności w rakach i z czekanami. Wolę to całe żelastwo wbijać w lód. Ale co robić. Wdrapuję się wyżej po głazie. Nie wiem jak dalej! Cholera. Nogi się trzęsą. Panika. W tym momencie instruktor krzyczy: „No chodźże szybciej!”. I wtedy odpadłam. Po raz pierwszy w górach. Dobrze, że szłam na drugiego. Poleciałam parę metrów, bo lina była trochę luźna. Opadłam na lód. Nic mi się nie stało. Ale zaczynam płakać. Przeklinam wszystkich wspinaczy i wszystkie góry świata. „Nie będę już się wspinać! Nie umiem, nie potrafię, nie będę!”. Ale i tak nikt mnie nie słyszy. A nawet gdyby słyszał, to co z tego? Trzeba iść. Zbieram się w sobie i jeszcze łkając prę dalej. To zresztą nie był ostatni mój płacz podczas zimowych zmagań. Innym razem wycofaliśmy się z drogi, bo zrobiło się już ciemno. Zostawiliśmy stanowisko i liny. Następnego dnia, żeby nie tracić czasu, mieliśmy wyprusikować na górę i dalej się wspinać. Podeszłam już trochę, ale węzły, z natury zaciskowe, jakoś nie chciały się zaciskać. Ile podeszłam, tyle zjeżdżałam. Próbowałam poprawić węzły, ale bezskutecznie. Trwało to dłuższą chwilę, aż się głośno rozryczałam. I w tym przypadku nikt mnie nie słyszał. Zjechałam więc na sam dół i ponownie założyłam węzły. Tym razem już się udało. Jak powtarzał instruktor, i co doświadczyłam na własnej skórze, choć wspinamy się razem, każdy musi liczyć na siebie.

 

Kursantka ma dość śmierdzących skarpetek

Zimowy kurs taternickiBetlejemka. Czternastu kursantów. Przepraszam, trzynastu kursantów i jedna kursantka. Nie żebym była feministką, czy coś. Lubię chłopaków, a z jednym to nawet mieszkam. Moi wszyscy współkursanci byli sympatyczni i nie powinnam ich absolutnie krytykować, chociażby dlatego, że, jak sądzę, większość z nich wspina się ode mnie o wiele lepiej. Ponieważ jednak z natury jestem nieco złośliwa, opowiem o skarpetkach... A więc trzynastu kursantów i jedna kursantka. Wszyscy w jednej sali. Woda w Betlejemce: tylko zimna. Dla mnie to nie problem. Dla niektórych panów – najwyraźniej tak. Nie zauważyłam również, żeby ktoś (poza mną) w ciągu całego kursu uprał sobie skarpetki czy gacie. Po tygodniu „zapach” brudnych i przepoconych ciuchów jest ciężki do zniesienia. Nie mówiąc o tym, że do tego dochodziły suszące się liny, plecaki itd. Ale to nie koniec. Większość z nas gotowała sobie sama, bo w Murowańcu jest dość drogo (tam chodzimy tylko na piwo). Jedzenie każdy trzymał w naszej wspólnej „stajni”. Po paru dniach ktoś najwyraźniej zapomniał o swojej niedomytej menażce, komuś innemu zaczęła pleśnieć kiełbasa (choć twierdził, że wciąż dobra). Śpiąc w takiej gęstej atmosferze można by pewnie dostać halucynacji. Jednak po tak ciężkim wysiłku za dnia, nocą padam trupem nie zwracając uwagi na śmierdzące skarpetki, które ktoś postanowił „wywietrzyć” nad moim łóżkiem.

 

Kursantka wspina się coraz szybciej (bezpieczniej i oszczędniej)

 Staram się wciąż pamiętać o „trójcy” – „bezpieczeństwo, szybkość, oszczędność”. Próbuję robić wszystko coraz szybciej, a zarazem dokładniej, mieć oczy wokół głowy, z wyprzedzeniem planować każdy ruch. Jesteśmy na drodze Potoczka. Idzie szybko. Słońce świeci. Nie ma zamieci. Wiatr nie smaga po twarzy. Po raz pierwszy czuję frajdę ze wspinania zimowego. Idziemy szybko i to jest fajne. Nie ma dłużyzn. Nie siedzimy w jednym miejscu ileś tam czasu, tylko ciągle do przodu. Oglądam się za siebie. Przede mną piękny widok na szczyty wokół Czarnego Stawu Gąsienicowego. Czyli cały rejon, w którym działaliśmy przez ostatnie dwa tygodnie, m.in.: Depresja Chrobaka, Środkowe Żebro Skrajnego Granata, Kochańczyk. Dość łatwe drogi. Patrzę na zamarznięty staw, przez który codziennie przechodziliśmy, a jednego, bardzo wietrznego dnia to nawet „sunęliśmy” po lodzie, bo nie dało się ustać. Wracamy z ostatniej drogi. Instruktor, mówi, że będą z nas ludzie i może kiedyś nawet uda nam się na coś wspiąć. W Betlejemce zastanawiam się, czy faktycznie było dziesięć razy gorzej niż latem. Nie wiem, na pewno trudniej. Ale wbrew temu, co obiecywałam i przeklinałam opadając na ten nieszczęsny lód, góry są wspaniałe i wspinanie też. Nie odstraszą mnie zamiecie ani mróz, ani nawet śmierdzące skarpetki.

 

Joanna Mostowska wiadomosc

# Przedyskutuj ten artykuł na forum. (2 postów)



Od redakcji: Zachecamy inne uzytkowniczki naszego serwisu do przesylania relacji ze swoich wyjazdów, opisywania doswiadczen z zycia wspinaczkowego, porad dla mniej zaawansowanych wspinaczek itd, w sposób powazny lub zartobliwy. Zachecamy do poruszania wszelkich tematów zwiazanych z zyciem wspinajacej sie dziewczyny/kobiety. Serwis www.wspinaczki.pl jest o Was i dla Was.




Komentarze (5)
18-11-2010 23:17
 
świetny artykuł,pozdrawiam Cię Joasiu :)
 
Elizabeth
20-03-2010 12:20
 
:grin :grin ;)
 
kejtoo
20-03-2010 12:19
 
Wracając do skarpetek to muszę stwierdzić powiedzenie Częste mycie skraca życie ma sens. Ale na poważnie ciepła woda była więc można było się kąpać. Poza tym Ja jak jak jestem na wyjeździe, to biorę sobie tyle slipek i skarpet żeby prać nie trzeba było, albo używam wełnianych które dobrze się "same czyszczą". W kwestii atmosfery to fakt raz czy dwa atmosfera "gęsta" była, tyle że bardziej od zapachów aromatycznych potraw. Sumując co nie zabije to wzmocni. Tak czy inaczej dla mnie osobiście jeden z lepiej spędzonych okresów kilku lat ostatnich. Pozdrawiam
 
kejtoo
19-03-2010 07:33
 
masz rację. nalewki były super, w szczególności ta miodowa :)
 
jmostowska
18-03-2010 22:34
 
Tekścik Asiu niezły. Bozia dała ci lekkie Pióro. Tak trzymaj. Szkoda tylko że poza skarpetkami nie wspomniałaś o nalewkach, ale może innym razem nie zapomnisz. Pozdrawiam Sławek
 
kejtoo

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Prosimy zaloguj się lub zarejestruj.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

new banners lamoda Image Banner 750 x 200